« Halo, halo, Oddział Alfa, odpowiadają, czy są w łączności? »-Słychać to ciągle w radiu😱.
Ale Oddział Alfa nie dawał już żadnego znaku życia. Radia milczały, a pył po wybuchu pokrywał dolinę białym welonem.
Maya Carter, starsza sierżant, przeżyła falę wybuchu. Leżąc na niestabilnych kamieniach, z zawrotem głowy i raną na czole, bez hełmu i z płonącym ramieniem, wsunęła się za kamienną płytę, aby złapać oddech.
Na dole pozycja oddziału wciąż dymiła. Dolina zawieszona była w przytłaczającej ciszy, zakłócanej jedynie przez lekkie wiry dymu. Maya wyciągnęła rękę w stronę radia: szum i trzaski. Strach ścisnął jej klatkę piersiową, ale to nie były tylko nazwiska, to byli ludzie, którzy jej ufali.
Krótki, ostry dźwięk sprawił, że się podniosła: sygnał alarmowy kapitana. Drużyna żyła, uwięziona w kraterze, na odsłoniętym terenie, podczas gdy wrogie sylwetki ostrożnie poruszały się wzdłuż grzbietu.
Maya przeskanowała dolinę i dostrzegła błysk na odległym grzbiecie, ponad trzy tysiące metrów według jej dalmierza. Ktoś obserwował scenę. 😱 Spokojny głos jej ojca powrócił do niej: „Snajper zachowuje zimną krew, gdy wszystko wydaje się poza kontrolą.”
Maya wyregulowała lunetę. Wiatr przetaczał się przez dolinę, sylwetka na grzbiecie lekko się poruszyła. Spowolniła oddech, wykonała wszystkie obliczenia i delikatnie nacisnęła spust w odpowiednim momencie. Każda chwila była ważna, każdy ruch mógł zmienić wynik, a Maya wiedziała, że ten wybór będzie zarówno niemożliwy, jak i nieunikniony.
W tym trudnym momencie, mimo że była ranna, zrobiła coś niewiarygodnego 😱😱😱.
👉Aby przeczytać dalszą część, zajrzyj do artykułu w 1. komentarzu 👇👇👇👇.
Maya poczuła pieczenie w ramieniu, które promieniowało aż do klatki piersiowej, ale jej umysł był lodowato klarowny. Każdy oddech był przemyślany, każdy ruch drobiazgowo wyważony.
Przeciwny snajper, skupiony na uwięzionych w dole mężczyznach, jej nie zauważył. Dyskretny, prawie niesłyszalny klik zabrzmiał jak zawieszony rytm serca.
Kula wyruszyła, lecąc na ponad trzy tysiące metrów i trafiła w cel z przerażającą precyzją. Sylwetka na grzbiecie zachwiała się, a potem cicho upadła.
Maya sama osunęła się na kamień, dysząc, ciało płonęło, palce zdrętwiały. Mimo to uratowała swój zespół. Krzyki i wołania jej towarzyszy dotarły do niej, ich przetrwanie było teraz pewne dzięki jej zimnej krwi.
Gdy adrenalina opadła, pył i krew zmieszały się na jej twarzy, Maya wiedziała, że przekroczyła niewidzialną granicę: przetrwać, chronić i dokonać niemożliwego, nawet będąc złamaną. Wzięła głęboki oddech, przyciskając radio do piersi i wyszeptała: „Wciąż jesteśmy…”.
